(Bez)błędne koło? Źródła metodologii User Experience

Badania User Experience, mimo że posiłkują się szczątkową wiedzą z wielu dziedzin, z całą pewnością nie są nauką sensu scricte. Nie mniej, różnorakie ux-owe metodologie rozwiązują problemy w podobny sposób jak fizyka, chemia, astronomia, czy inne nauki ścisłe…

Nie przejmę się tym, jeśli stwierdzicie, że bredzę, a teza przedstawiona w leadzie jest delikatnie mówiąc nad wyraz i nie stanowi nic więcej jak tylko tani chwyt prasowy – na zasadzie: „wku*wie Was na wstępie, byście czytali dalej…”. Z dużą dozą prawdopodobieństwa poważni naukowcy kazaliby mi w tym miejscu strzelić przysłowiowego baranka w ścianę. Z drugiej strony specjaliści UX traktujący swoją pracę zupełnie na serio, przyklasnęliby takiej tezie z ochotą. Nic dziwnego. „Naukowość” czegokolwiek, zawsze dodaje temu czemuś prestiżu, powagi i co najważniejsze, podnosi wartość…hmmm… marketingową. Mówiąc już teraz zupełnie poważnie: w przypadku User Experience jest coś z tą naukowością na rzeczy. W innym wypadku nie zawracałbym Wam głowy, ale po kolei…

user experience metodologia

Na potrzeby tego wpisu pozwoliłem sobie przygotować moją (mocną zresztą uproszczoną ) wizję wzorcowego cyklu projektowego User Experience. Wychodzimy od poszukiwania wyjścia z zadanego problemu, analizujemy możliwe rozwiązania, w końcu projektujemy je tak, aby sprostały naszym założeniom, testujemy i… powtarzamy cały proces od początku, aby uzyskać jak najlepszy efekt końcowy.

W metodologii nauk mamy tymczasem taką mniej więcej sytuację:

metodologia user experience

Proces badawczy w naukach przyrodniczych, podobnie jak w User Experience, odznacza się kolistą nigdy nie domknięta do końca strukturą. I tu i tam chodzi o rozwiązanie określonego problemu, wykonanie pewnego zadania przy użyciu dostępnych nam narzędzi. W projektowaniu skoncentrowanym na użytkowniku często posiłkujemy się psychologią poznawczą, antropologią (o tym kiedy indziej), ale przede wszystkim w przypadku testów ilościowych m.in. statystyką, matematyczną logiką etc… To kolejny „naukowy” punkt zaczepny. Co ważne, korzystamy z tych narzędzi nie tylko dlatego, że to uwiarygadnia nasze dokonania, ale przede wszystkim dlatego, że owe narzędzia dają nam konkretny, wymierny efekt. Rozwiązaliśmy problem? Jeśli nie, spróbujmy jeszcze raz. Udało się? To super. Ale może istnieje, lepsze rozwiązanie? Spróbujmy czegoś nowego. A jeśli trafimy na kolejny problem? Tym lepiej!

Model C-P-S (przeczytamy sobie o nim nieco tutaj – Marcin Treder: „UX design for Startups”) to nic innego jak kolejna, bardziej „popowa” egzemplifikacja naukowej metodologii. Literalnie wyraża ona postawę poszukiwania najlepszego rozwiązania z możliwych, ale jednocześnie krytycyzm wobec naszych dokonań. Urodzony w 1902 roku popularny filozof nauki – Karl Poper twierdził, że należy być najbardziej podejrzliwym w stosunku do teorii, którymi zachwycamy się najbardziej. Nie brzmi znajomo? :)

Być może dla fanatycznych praktyków i osób średnio obeznanych z procesem „tworzenia wiedzy naukowej” powyższy akapit wydaje się nieco zagmatwany i nie warty głębszej refleksji. Mówimy o metodologii, o metanauce, o dziedzinie badające procesy zachodzącej wewnątrz innej konkretnej dziedziny. Czy „ux-owcom” potrzebna jest taka wiedza? Na pewno można się bez tego obejść, na takiej samej zasadzie jak licealista obywa się bez znajomości aksjomatów algebry w rozwiązywaniu prostych równań. Jednak w praktycznym wymiarze znajomość podstaw metodologii nauk pozwala ocenić, czy nasze ux-owe narzędzia mają jakieś naukowe fundamenty, czy to tylko czary mary i bujanie w obłokach?

Dla osób, które przekonał ten ostatni argument mogę polecić akademicką, ale nie siermiężną, zdatną do spożycia publikację. „Metodologia nauk” Adama Goblera to przystępnie napisana „pigułka”, które może dla niektórych zyskać wymiar „matrixowy”, bo okaże się, że pewne „triki” stosowane od dawna w ux-owych działaniach mają całkiem solidne naukowe korzenie. Co więcej, wiedza tego typu może stanowić solidny fundament do opracowywania własnych narzędzi i tworzenia autorskich modeli projektowych User Experience. Głęboka woda? Czemu nie!

Podczas tego głębokiego nurkowania należy mięć w pamięci kolistą heurezę i jedną z najbardziej podstawowych według mnie zasad projektowania UX: Samozadowolenie designera i uznanie swojej pracy za definitywnie skończoną jest pierwszym krokiem ku klęsce. Dobry designer jest zawsze gotów do rewizji swoich nawet najlepszych projektów. Tak twierdzą jak sadzę, wspomniany wyżej Marcin Treder oraz Robert Hoekman jr, który w swojej klasycznej książce „Magia Interfejsu”, najpierw pokazuje rozwiązania błędne, a dopiero później te „właściwsze” powstałe na zgliszczach rozwiązań nietrafionych.

Wnioski? Projektowe koło, zwany też gdzieniegdzie w literaturze „wzorcowym cyklem”, wcale nie jest kołem błędnym, a my wcale nie musimy czuć się szczurami na kołowrotku. Jeśli decydujemy zaprzęgać do naszej pracy poważną naukową metodologię, spróbujmy zadbać o to, aby naukowy był także cały proces jej użycia. Oczywiście to wciąż będzie za mało, by powiedzieć że „uprawiamy naukę”, ale stworzymy dzięki temu nie tylko doskonałe warunki do planowanego i usystematyzowane rozwoju naszych projektów , ale i umożliwimy innym miarodajną ocenę tej pracy.

Jestem projektantem stron www i fascynatem tematyki User Experience. W swojej pracy inspiruję się dziedzinami takimi jak antropologia, filozofia, psychologia, semiologia. Przy tym życiową praktykę i mierzalną użyteczność zawsze przedkładam nad książkową teorię. Największą inspiracją jest dla mnie obserwacja ludzkich zachowań w procesie interakcji z produktami cyfrowymi.

Site Footer

Sliding Sidebar

Facebook