Harmótton – między pięknem a użytecznością

„Piękna ta apka, ale kompletnie nie użyteczna”. „Wizualnie strona prezentuje się świetnie, ale zupełnie nie umiem się na niej odnaleźć”. „To co mi pokazałeś działa szybko łatwo i przyjemnie ale jest brzydkie jak noc” – brzmi znajomo? Te, oraz setki tego typu opinii sugerują, jak bardzo silnie rozróżniamy warstwę estetyczną produktu od jego warstwy funkcjonalnej. Wbrew pozorom nie jest to fundamentalny podział wynikający z natury człowieka, czy mówiąc bardziej naukowo, z budowy jego mózgu i zmysłów.

Trudno powiedzieć, w którym momencie historii opozycja piękna i użyteczności znalazła swój wyraźny początek. W starożytnej Grecji – kolebce kultury naszej cywilizacji, podział ów w ogóle nie był oczywisty. Co więcej, Starożytni Grecy często posługiwali się pojęciem „harmótton” (późniejsze rzymskie „decorum”), oznaczającym specyficzny rodzaj „użytecznego piękna”. Cokolwiek (dom, ogród, ceramiczny dzbanek) było piękny o tyle, o ile dobrze spełniało swoją funkcję. Wszelkie niepotrzebne dodatki estetyczne, może nie tyle szpeciły dzieło twórcy, o ile nie dodawały ma żadnej szczególnej „nowej jakości”. Oczywiście nie oznacza to, że design grecki był do bani, tylko tyle że ówcześni mieszkańcy tej części globu patrzyli na niego zgoła inaczej niż my teraz. W pewnym sensie piękno nie istniało bez użyteczności ani użyteczność bez piękna – przynajmniej jeśli chodzi o rzeczy będące w praktycznym użyciu.

Dzisiaj mamy do czynienia z pełną alienacją wartości piękna i użyteczności. Żyjemy w świecie przedmiotów kompletnie nieużytecznych lecz pięknych, a przy okazji na co dzień skutecznie i sprawie posługujemy się rzeczami karygodnie szpetnymi. Tendencją tę można zauważyć także w dziedzinie user experience. Z jednej strony mamy estetyczny purytanizm, reprezentowany np. przez Jakoba Nielsena, a z drugiej szkołę efektownego, chociaż przyznajmy nie zawsze efektywnego designu. W rezultacie często wśród projektantów dominuje postawa „coś kosztem czegoś”.

Oczywiście kompromis jest niezłym wyjściem z owego impasu, kwestia tylko tego jak ów kompromis się rozumie. Jeśli projektujemy w przekonaniu, że piękna i użyteczności i tak nie da się w 100% pogodzić, na pewno nie wyniknie z tego nic dobrego. Myślę, że warto czasem spróbować założyć skórę Starożytnego Greka i projektować w taki sposób, aby piękno było sojusznikiem użyteczności a nie jakimś złem koniecznym, które może „popsuć funkcjonalność”. Dzisiaj mamy całą pulę narzędzi i badań z zakresu psychologii, które podpowiadają nam jak za pomocą odpowiedniej barwy, kształtu, czy ułożenia poszczególnych elementów interfejsu poprawić nie tylko funkcjonalność produktu, ale umilić użytkownik czas, który poświęca na obcowanie z aplikacją czy internetowym serwisem. Nawet jeśli używa on naszego produktu w sposób czysto mechaniczny, warto zapewnić mu chociaż gram miłej otoczki, aby wzbudzić proste behawioralny odruch „miłego powrotu”. Harmótton w user experience po prostu bardzo się opłaca :)

Jestem projektantem stron www i fascynatem tematyki User Experience. W swojej pracy inspiruję się dziedzinami takimi jak antropologia, filozofia, psychologia, semiologia. Przy tym życiową praktykę i mierzalną użyteczność zawsze przedkładam nad książkową teorię. Największą inspiracją jest dla mnie obserwacja ludzkich zachowań w procesie interakcji z produktami cyfrowymi.

Site Footer

Sliding Sidebar

Facebook